To jedno z tych zdań, które zajmują wysokie pozycje na liście irytujących pytań. Ile kilometrów ma ten maraton. Używając terminologii rodem z sali sądowej należy napisać, że doświadczenie życiowe sugeruje, iż nie jest ono pozbawione sensu.
Przynajmniej w Bydgoszczy.
Lista bydgoskich wpadek z długością tras na zawodach robi się imponująca.
2013 rok. Półmaraton bydgoski i towarzyszący mu Bieg na piątkę. Na trasie okazało się, że 5=6
2015 rok. Bieg nocny 10=9,2
2015 rok. (mimo całej mojej sympatii dla nich napiszę) City Trail onTour 5=4,75
i dziś. Zadyszka bydgoska. 10=(w zależności od pomylenia trasy) 10=8,3; 8,74; 10
Pozostaje dziękować, że nikt w Bydgoszczy nie rzuca się na organizowanie maratonu.
Nic, trzeba napisać trochę o występie na zadyszce.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podbieg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podbieg. Pokaż wszystkie posty
30 sierpnia 2015
05 października 2014
Marszałek sejmu w okrążeniu
W sobotę po pracy zamierzałem pobiegać. Pierwotnie plan oscylował w okolicach nakielskiego stadionu, może parku (choć na kros dla mej nogi jest jeszcze za wcześnie). Aż nagle mnie tknęło. Jesień. Złote liście. Słońce. Wybiorę się w najpiękniejsze miejsce w okolicy. Mały wąwóz za chobielińskim dworem. Sprawdziłem szybko mapę, zapowiadało się ok. 15 km, w tym mocny podbieg w Chobielinie.
Postanowiłem dołożyć do tego wisienkę na sam koniec. Jeden z największych (o ile nie największy) podbieg w Nakle - ul. Gimnazjalna - Szkolna - Kazimierza Wielkiego.
Start na Gimnazjalnej. Chodnik, trochę remontowanego asfaltu, później nudna ul. Długa z wybitnie nierównymi chodnikami, droga do Występu pod wiatr, ale bez dramatu. Niestety. Tempo przeciętne (5:52), tętno wysokie (168). I tak właściwie cały bieg.
Nie wiem co się dzieje z tętnem. Od półmaratonu w Pile mam jakieś wysokie. Obstawiam, że to wina przerwy od połowy lipca do niemal połowy września.
Przebiegłem Występ i wreszcie Chobielin. A tam...
Za młynem słynna posiadłość marszałka sejmu, do niedawna ministra, Radosława Sikorskiego.
I wreszcie jesień.
Od tyłu jest go łatwiej złapać.
I wreszcie dwa spojrzenia na wąwóz.
Jako, że nie zamierzałem urządzać jakiejś poważnej sesji fotograficznej walczyłem telefonem niemal w biegu. Na deser został sławetny chobieliński bruk. Jakieś 400-500 m w dół.
W ten sposób obiegłem "Strefę zdekomunizowaną" (taki napis widnieje na tablicy przy bramie) - posiadłość marszałka sejmu.
Wracając do Nakła planowałem pierwotnie zajrzeć do jakiegoś sklepu w Występie by kupić wodę i coś do przegryzienia. Koniec końców odpuściłem.
Zdobywanie ul. Gimnazjalnej wyszło, gorzej było ze Szkolną i Kazimierza Wielkiego. Zamknęli mi przejazd kolejowy i musiałem poczekać dwie minuty. Nic to. Pod górę, im dalej tym bardziej stromo. Runda przez osiedle i finał. Łącznie 16,4 km.
A dziś dołożyłem nocne 13,4 i w ten oto sposób tygodniowy przebieg wyniósł 46,44 km. Poprzedni taki wynik był w górach 7-13 lipca, gdy zrobiłem 50 km.
Na deser noga. Ból łydki, który sponiewierał mnie w połowie lipca ustąpił. Chwilami pojawia się ból uda, ale jest do zniesienia. Prawdę mówiąc nie jest jakiś szczególny i pojawia się na krótko. Da się biegać.
Jaki z tego wniosek? Potwierdza się to, co pisałem na początku września. Następnym razem nie pomyślę o ortopedzie, a ruszę do Ortimedu.
Postanowiłem dołożyć do tego wisienkę na sam koniec. Jeden z największych (o ile nie największy) podbieg w Nakle - ul. Gimnazjalna - Szkolna - Kazimierza Wielkiego.
![]() |
| Polecam www.geocontext.org |
Nie wiem co się dzieje z tętnem. Od półmaratonu w Pile mam jakieś wysokie. Obstawiam, że to wina przerwy od połowy lipca do niemal połowy września.
Przebiegłem Występ i wreszcie Chobielin. A tam...
![]() |
| Jaz i młyn - standardowy temat zdjęć |
![]() |
| Temat trudny do sfotografowania |
Od tyłu jest go łatwiej złapać.
I wreszcie dwa spojrzenia na wąwóz.
Jako, że nie zamierzałem urządzać jakiejś poważnej sesji fotograficznej walczyłem telefonem niemal w biegu. Na deser został sławetny chobieliński bruk. Jakieś 400-500 m w dół.
W ten sposób obiegłem "Strefę zdekomunizowaną" (taki napis widnieje na tablicy przy bramie) - posiadłość marszałka sejmu.
Wracając do Nakła planowałem pierwotnie zajrzeć do jakiegoś sklepu w Występie by kupić wodę i coś do przegryzienia. Koniec końców odpuściłem.
Zdobywanie ul. Gimnazjalnej wyszło, gorzej było ze Szkolną i Kazimierza Wielkiego. Zamknęli mi przejazd kolejowy i musiałem poczekać dwie minuty. Nic to. Pod górę, im dalej tym bardziej stromo. Runda przez osiedle i finał. Łącznie 16,4 km.
A dziś dołożyłem nocne 13,4 i w ten oto sposób tygodniowy przebieg wyniósł 46,44 km. Poprzedni taki wynik był w górach 7-13 lipca, gdy zrobiłem 50 km.
Na deser noga. Ból łydki, który sponiewierał mnie w połowie lipca ustąpił. Chwilami pojawia się ból uda, ale jest do zniesienia. Prawdę mówiąc nie jest jakiś szczególny i pojawia się na krótko. Da się biegać.
Jaki z tego wniosek? Potwierdza się to, co pisałem na początku września. Następnym razem nie pomyślę o ortopedzie, a ruszę do Ortimedu.
03 września 2014
Nie ufaj ortopedzie
Tytuł przewrotny, prowokacyjny, a czy przypadkiem się nie mylę? Nie wiem.
2 września, po trzech tygodniach od poprzedniej wizyty, dostałem się do ortopedy. Wiedząc, że kolejki przed jego gabinetem są długie wybrałem się po pracy, ok. godz. 16.10. Tłok jak smok. Dostałem się wyjątkowo późno, po godz. 17. I cóż doktor? Jak poprzednio. Wybitnie nierozmowny, obejrzał zdjęcia, z opisu wyczytał, że zmian w stawie nie ma. Orzekł, że rzepka jest za wysoko więc z tym brakiem zmian tak do końca nie jest to prawda. Konsekwencją jest to, że rzepka ociera o kość, wytwarza się płyn i powstaje torbiel Bakera. Zapisał mi zabiegi rehabilitacyjne i w razie dalszych kłopotów mam się ponownie pojawić. Zapytałem jeszcze czy mogę biegać, stwierdził, że nie bardzo.
Super co?
Po powrocie do domu chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do fizjoterapeutki. (uwaga, program zawiera lokowanie produktu) Gdybyście mieli jakieś problemy polecam Ortimed. Porozmawialiśmy chwilę, zreferowałem co i jak, pani Justyna na szybko podzieliła się swymi refleksjami, zapytałem czy można to otejpować i umówiliśmy się na środę.
Wiecie co ortopedzi mówią o fizjoterapeutach? Że są (bywają) szarlatanami. Ha! Po dzisiejszej wizycie stwierdzam rzecz odwrotną. Ortopedzi bywają. Wiem, to niesprawiedliwe, więc może ci, którym płaci NFZ (a nie są to małe pieniądze).
Dzieli ich pewnie z 15 lat doświadczeń, u niego tytuł lek. med, ona mgr. Wiadomo, lek. med. to coś, nie jakiś tam magister.
Czyżby?
Dzisiejsza wizyta - porządny wywiad. Mogłem powiedzieć w których miejscach boli i jak to wygląda (pan lek. med. przerwał mi w połowie zdania i nie było szans by powiedzieć wszystko). Do tego powyginanie, wyduszanie i co tam jeszcze nóg, obejrzenie zdjęć rtg (mam ładne kolano hihi), pokazane kilka ćwiczeń a na deser barwy bojowe.
Kinesio Taping. +100 do lansu, +90 do prędkości, +900 do zmniejszenia bólu.
Po powrocie do domu wskoczyłem w ciuchy i ruszyłem na 5 km spokojnego biegu w okolicach 5:40 min./km. Po 5 km postanowiłem dołożyć 5,55 km planowanym tempem drugiej połowy półmaratonu czyli 5:20 min/km. W praktyce wyglądało tak, że trochę pognałem.
Zdawać się może, że to tylko głupie oklejenie rozciągliwymi taśmami, a okazuje się, że zdecydowanie zmienia działanie mięśni. Ból pojawiał się tylko na podbiegach i nie był zbyt intensywny. Na prostej i zbiegach było okej.
Co będzie w niedzielę? Nie wiem. Brakuje mi kilometrów. 10-12 km wybiegam spokojnie, czy 21,097 dam radę? Planuję zrobić to w 2 godziny, a to daje tempo 5:41 min./km. To wybiegam swobodnie, ale kusi mnie zrobić tak połowę dystansu, a drugą na 5:20. Pozostaje pytanie czy to rozsądne.
21097 metrów. Moje trzecie podejście do tego dystansu. Tym razem na luzie. Po półmaratonie trzeba się zabrać za leczenie przeciążeń.
Właśnie. Bóle są przeciążeniowe.
2 września, po trzech tygodniach od poprzedniej wizyty, dostałem się do ortopedy. Wiedząc, że kolejki przed jego gabinetem są długie wybrałem się po pracy, ok. godz. 16.10. Tłok jak smok. Dostałem się wyjątkowo późno, po godz. 17. I cóż doktor? Jak poprzednio. Wybitnie nierozmowny, obejrzał zdjęcia, z opisu wyczytał, że zmian w stawie nie ma. Orzekł, że rzepka jest za wysoko więc z tym brakiem zmian tak do końca nie jest to prawda. Konsekwencją jest to, że rzepka ociera o kość, wytwarza się płyn i powstaje torbiel Bakera. Zapisał mi zabiegi rehabilitacyjne i w razie dalszych kłopotów mam się ponownie pojawić. Zapytałem jeszcze czy mogę biegać, stwierdził, że nie bardzo.
Super co?
Po powrocie do domu chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do fizjoterapeutki. (uwaga, program zawiera lokowanie produktu) Gdybyście mieli jakieś problemy polecam Ortimed. Porozmawialiśmy chwilę, zreferowałem co i jak, pani Justyna na szybko podzieliła się swymi refleksjami, zapytałem czy można to otejpować i umówiliśmy się na środę.
Wiecie co ortopedzi mówią o fizjoterapeutach? Że są (bywają) szarlatanami. Ha! Po dzisiejszej wizycie stwierdzam rzecz odwrotną. Ortopedzi bywają. Wiem, to niesprawiedliwe, więc może ci, którym płaci NFZ (a nie są to małe pieniądze).
Dzieli ich pewnie z 15 lat doświadczeń, u niego tytuł lek. med, ona mgr. Wiadomo, lek. med. to coś, nie jakiś tam magister.
Czyżby?
Dzisiejsza wizyta - porządny wywiad. Mogłem powiedzieć w których miejscach boli i jak to wygląda (pan lek. med. przerwał mi w połowie zdania i nie było szans by powiedzieć wszystko). Do tego powyginanie, wyduszanie i co tam jeszcze nóg, obejrzenie zdjęć rtg (mam ładne kolano hihi), pokazane kilka ćwiczeń a na deser barwy bojowe.
Kinesio Taping. +100 do lansu, +90 do prędkości, +900 do zmniejszenia bólu.
Po powrocie do domu wskoczyłem w ciuchy i ruszyłem na 5 km spokojnego biegu w okolicach 5:40 min./km. Po 5 km postanowiłem dołożyć 5,55 km planowanym tempem drugiej połowy półmaratonu czyli 5:20 min/km. W praktyce wyglądało tak, że trochę pognałem.
Zdawać się może, że to tylko głupie oklejenie rozciągliwymi taśmami, a okazuje się, że zdecydowanie zmienia działanie mięśni. Ból pojawiał się tylko na podbiegach i nie był zbyt intensywny. Na prostej i zbiegach było okej.
Co będzie w niedzielę? Nie wiem. Brakuje mi kilometrów. 10-12 km wybiegam spokojnie, czy 21,097 dam radę? Planuję zrobić to w 2 godziny, a to daje tempo 5:41 min./km. To wybiegam swobodnie, ale kusi mnie zrobić tak połowę dystansu, a drugą na 5:20. Pozostaje pytanie czy to rozsądne.
21097 metrów. Moje trzecie podejście do tego dystansu. Tym razem na luzie. Po półmaratonie trzeba się zabrać za leczenie przeciążeń.
Właśnie. Bóle są przeciążeniowe.
22 sierpnia 2014
Podbieg, którym straszą (archiwum maratonypolskie.pl 26.06.2014)
XI Półmaraton Unisławski za mną. To był mój drugi start na tym
dystansie. Pierwszy - Bieg Piastowski, w którym wystartowałem półtora
miesiąca temu wiódł z Kruszwicy do Inowrocławia. Plan miałem jasny
przebiec poniżej 1:45. Wyszło 1:45:41, więc nic dziwnego, że pozostał po
nim lekki niedosyt.
Do Unisławia jechałem nasłuchawszy się strasznych historii o podbiegu
rozpoczynającym się w połowie 19 kilometra. Znajomi straszyli nim tak,
jak straszy się małe dzieci złą czarownicą, albo niewiernych mężów
zemstą teściowej. Byłem ciekaw czy faktycznie jest tak ciężko, miałem
wielką ochotę stawić mu czoła, pokazać a może sprawdzić, że nie dam się
złamać. Oprócz tego pozostawał inowrocławski niedosyt. 1:45. Czy to w
ogóle możliwe?
Czerwcowe treningi zdominowała siła biegowa. W zasadzie w ogóle nie robiłem przebieżek. Skip A, skip A, skip A... Na domiar złego pierwszy tydzień w ogóle odpuściłem, bo ból pachwin, który objawił się ze trzy tygodnie wcześniej nie chciał przejść. Skip A, skip A...
Na 9 dni przed Unisławiem zrealizowałem marzenie, choć prawdę mówiąc był to raczej nieokreślony terminowo plan a nie marzenie. Pobiegłem z mej rodzinnej miejscowości do domu, w sumie 20 km. Zastanawiałem się czy ryzykować czy nie, ale skoro trafiła się okazja to dlaczego nie? Sobota mocne 10 km. Na tyle mocne, że przebiegłem o 4 sekundy szybciej od życiówki. W ostatnim tygodniu było już spokojnie. Dwa wybiegnięcia, w sumie jakieś 13 km.
W niedzielny poranek wyruszyłem z nastawieniem rozprawienia się z z
czasem i górką. W biurze zawodów wszystko załatwiłem tak szybko, że
wręcz niezauważalnie. Poszedłem do samochodu się przebrać, a tu obok
mnie ktoś koniecznie chciał zaparkować. Ot pierwszy traf, gdybyśmy sie
umawiali pewnie dłużej byśmy się szukali. To przyjechał Kasjer, któremu
marzyło się by wreszcie się rozprawić z 2 godzinami w Unisławiu.
Rozgrzewka, start honorowy. Nuda. Start ostry i poszło planowo. Pierwszy
kilometr 4:57, drugi 4:59. Gdzieś na trzecim dogoniło mnie śliczne
towarzystwo i tak wespół z Milką, jej koleżanką i jednym panem biegliśmy
szybciej lub wolniej (choć dziewczyny były zdania, że trzeba szybciej,
bo na drugiej dziesiątce zapłacimy za ociąganie się). 4:51-4:55. Gdzieś
koło 8 kilometra dziewczyny zostały z tyłu. Szkoda, bo biegło się
całkiem miło, były chęci by trochę pożartować. 10-11 km to zbieg.
Stromy, dobre 40-50 m deniwelacji i tu postanowiłem lekko pofolgować
4:44-4:40, a później prosto. Doskoczył do mnie chłopak z Grudziądza i
równym tempem pobiegliśmy w okolice 15 km, na którym to dopadł mnie
lekki kryzys. Tempo spadło do 5:05. Od 17 km nowy towarzysz. Tempo nieco
podkręcone. Nogi zaczynają boleć, zbliża się wizja podbiegu. Jakiś
kilometr przed nim mój towarzysz się urwał i przyspieszył.
Z podbiegiem rozprawiałem się sam. Jak było? Nieziemsko. Pod górę, pod górę. "Jak będzie zakręt w lewo i skończy się las zrobi się bardzo stromo." Te słowa Kasjera tkwiły mi w głowie i na ten zakręt czekałem. Tempo spadło. 20 kilometr w 5:25, 21 w 5:27. Niesamowita wspinaczka. Gdzieś pod jej koniec zbiegał kolega, który zdążył się zameldować na mecie. Krzyczy bym przycisnął, że za 100 metrów koniec podbiegu. Miałem ochotę go czymś rzucić i powiedzieć parę brzydkich słów. Pobiegłem dalej.
Wreszcie ukazała się meta. Jakieś 300 metrów ode mnie. W głowie
pojawiło się pytanie czy zdołam przycisnąć, czy dam radę finiszować.
Rzuciłem okiem na zegarek, ale jakoś nie zdołałem zarejestrować czasu,
postanowiłem pognać ile sił. Zmieniłem rytm, wydłużyłem krok, nogi
wyżej, jeszcze dogonić człowieka w niebieskiej koszulce, dopaść go przed
metą. Wreszcie. I choć komputer zczytał nasze chipy odwrotnie i
oficjalnie go nie wyprzedziłem (choć zdjęcie pokazuje coś innego) nie
narzekam. Zdobyłem Unisław, pokonałem podbieg, rozliczyłem się z
półmaratonem. 1:44:44 netto.
Podbiegi zaczynają mi się podobać. Zerkając na dane z garmina. Podbieg
długości 1620 m. Różnica poziomów 56 m. Mając w nogach ponad 19 km robi
to wrażenie.
Za rok postaram się wystartować ponownie.
| fot. fotowasyl.pl |
Czerwcowe treningi zdominowała siła biegowa. W zasadzie w ogóle nie robiłem przebieżek. Skip A, skip A, skip A... Na domiar złego pierwszy tydzień w ogóle odpuściłem, bo ból pachwin, który objawił się ze trzy tygodnie wcześniej nie chciał przejść. Skip A, skip A...
Na 9 dni przed Unisławiem zrealizowałem marzenie, choć prawdę mówiąc był to raczej nieokreślony terminowo plan a nie marzenie. Pobiegłem z mej rodzinnej miejscowości do domu, w sumie 20 km. Zastanawiałem się czy ryzykować czy nie, ale skoro trafiła się okazja to dlaczego nie? Sobota mocne 10 km. Na tyle mocne, że przebiegłem o 4 sekundy szybciej od życiówki. W ostatnim tygodniu było już spokojnie. Dwa wybiegnięcia, w sumie jakieś 13 km.
| W trosce o kręgosłup - przeprosty fot. (chyba) Jan Chmielewski |
| fot. (chyba) Jan Chmielewski |
Z podbiegiem rozprawiałem się sam. Jak było? Nieziemsko. Pod górę, pod górę. "Jak będzie zakręt w lewo i skończy się las zrobi się bardzo stromo." Te słowa Kasjera tkwiły mi w głowie i na ten zakręt czekałem. Tempo spadło. 20 kilometr w 5:25, 21 w 5:27. Niesamowita wspinaczka. Gdzieś pod jej koniec zbiegał kolega, który zdążył się zameldować na mecie. Krzyczy bym przycisnął, że za 100 metrów koniec podbiegu. Miałem ochotę go czymś rzucić i powiedzieć parę brzydkich słów. Pobiegłem dalej.
| fot. Waldemar Kowalewski |
| fot. Jan Chmielewski |
Za rok postaram się wystartować ponownie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
-
Dziś będzie w nieco cięższym klimacie. In memoriam. Weronika, moja córka. Rocznik 2008. Gdy miała 2 lata i 5 miesięcy wylądowała na Oddzia...
-
To jedno z tych zdań, które zajmują wysokie pozycje na liście irytujących pytań. Ile kilometrów ma ten maraton. Używając terminologii rodem...
-
Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...
3 razy Śnieżka
Rzec można, że w naszych duszach, czasem i ciałach, istnieją zadry, z którymi koniecznie chcemy się rozliczyć. Nieważne czy nastąpi to po ro...











