Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieg. Pokaż wszystkie posty

03 lipca 2022

3 razy Śnieżka

Rzec można, że w naszych duszach, czasem i ciałach, istnieją zadry, z którymi koniecznie chcemy się rozliczyć. Nieważne czy nastąpi to po roku, dwóch czy dziesięciu. Człowiek czuje, że musi. Musi i już. A czasami najzwyczajniej chce poczuć ponownie tę wyjątkową atmosferę, pragnie stać się częścią czegoś niezwykłego, wyjątkowego, tak - odważę się to napisać - budzącego podziw. To coś organizator oznacza czernią. Nosi się ją na piersi albo na pasie. Ta czerń wyznacza trzy drogi. Ta czerń jest chwałą, sławą i przekleństwem zarazem. I nawet jeśli na końcu doświadczysz sportowej porażki jesteś dumny.



19 października 2017

5. sezon City Trail

Zaczęliśmy 5. sezon z City Trail. To chyba taki mały jubileusz? Więc z tej okazji dołożyliśmy drugie 5 - czyli piątą lokalizację, w której biegliśmy. Tym razem padło na Katowice. Wiem, wiem, toż to koniec świata, ale trafiła się okazja to zwiedzamy. Plan jest prosty - pojawić się w każdej miejscowości, w której rozgrywane są biegi City Trail. Na liście jest już:
Bydgoszcz
Wrocław
Gdynia (trzeba będzie dorobić Gdańsk by był trójmiejski komplet)
Łódź (do poprawki, bo jest nowa trasa)
Katowice.
Poznań znamy z letniej trasy, więc wkrótce zawitamy na tradycyjnej.

 Katowice bez planu. Pobiec i tyle. Najpierw miała wystartować Kinia - córka kuzynki. Gdy się szykowała ja poszedłem potruchtać i pozwiedzać trasę. Nie jest to bydgoski stół. Trochę pod górę, trochę z góry. Sprawdzony przeze mnie fragment zapowiadał się ciekawie.
fot. Run Silesia

21 września 2017

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami zostaliśmy parą królewską

Gór nie było, bo trasa była płaska. Rzeki? Nie wiem. Dwie? Za to mostów chyba jedenaście...

Pojechaliśmy do Wrocławia po jedno - by zakończyć starania o zdobycie Korony Maratonów Polskich. Przygodę z nią, nieświadomie, rozpoczęliśmy w październiku 2015 r. w Poznaniu. W 2016 r. był Kraków i Warszawa a w 2017 Dębno. Wisienką na torcie miał zostać Wrocław.
 
 
 

04 września 2017

Trail, trail, trail

Zupełnie nieświadomie pojechaliśmy pobiegać w miejscu, które rok temu zasłynęło zaginionymi maratończykami i półmaratończykami. Ich historię kiedyś czytałem (no dobra, nie tyle historię, ile przekaz o tym wydarzeniu), a że to było to miejsce dowiedziałem się po powrocie do domu.

Mierzęcin - rok temu zorganizowano tam maraton i półmaraton i na 16. km zaczął się dramat. Biegacze pobiegli nie tam gdzie powinni, czego efektem było dodatkowe kilka, nawet kilkanaście kilometrów. Podobno była "misja ratunkowa" i zbierano ludzi z lasu.

W tym roku do zorganizowania imprezy wynajęto ekipy robiące Bieg Lwa i City Trail. I był to jeden z powodów, że tam ruszyliśmy. Dystanse do wyboru były dwa. Półmaraton i 12 km. Wybrałem ten drugi z banalnego powodu. 10 września czeka mnie maraton Wrocławski. Zapisując się pomyślałem sobie, że pobiegnę, pozwiedzam i tyle. Jak już się pojawiłem na liście okazało się, że zapisanych jest 20 osób. W kolejnych dniach ich ilość nie przybywała jakoś znacząco. Mało ludzi to...

05 lipca 2017

Super Góry



Dwa lata temu kolega pytał mnie czy nie chciałbym wystartować w Maratonie Gór Stołowych. Impreza oblegana, ale jego brat przy niej pomaga więc jakby co mógłby zapytać czy byłoby tam dla mnie miejsce. Odmówiłem. Gdzieś czytałem, że to trudny bieg, a ja trail znałem tylko z 5 kilometrów City Trail. Góry? To inna bajka. W tym roku wygrałem w konkursie możliwość startu w Supermaratonie Gór Stołowych i postanowiłem skorzystać z tej możliwości. W sumie raz ukończyłem górski maraton, na koncie miałem dwa półmaratony i jedno 12 km. 

06 lipca 2016

Zmieścić się w limicie

Sobotni Maraton Karkonoski przeczołgał mnie na ostatnich 6 km. Śmieszne. 40 km pokonałem bez trudu, a ostatnie 6 było mordęgą nie z tej ziemi. Co gorsza mordęga pojawiła się znikąd, przyszła nagle, niespodziewanie i dobiła fizycznie oraz psychicznie.

05 lipca 2016

No proszę. Karkonosze

Maraton Karkonoski mignął mi w sieci rok temu w sierpniu. Jakoś mi się ubzdurało, że przebiegał przez Szrenicę i Śnieżkę. No to super bo to pierwsza i ostatnia góra zdobyta przez Weronikę. We wrześniu zapytałem czy będzie kolejna edycja. Miała być więc pozostało mi czekać cierpliwie na zapisy.

Jak się doczekałem to od razu opłaciłem maraton. I nic to, że wiódł ze Szklarskiej na Śnieżkę a o Szrenicę nie haczył.

Jakiś czas później doszliśmy z Madzią do wniosku, że nie wyprawiamy imprezy z okazji 10 rocznicy ślubu tylko przehulamy pieniądze w Karkonoszach. Madzia postanowiła spróbować sił w półmaratonie.


27 maja 2016

Kic kic na I Bydgoskim Festiwalu Biegowym

Kilka razy zdarzyło mi się być dla kogoś zającem. Nic strasznego o ile jest to jedna osoba i nie ma jakiś wygórowanych założeń. Kilka tygodni temu na profilu I PKO Bydgoskiego Festiwalu Biegowego pojawiło się ogłoszenie o poszukiwaniu pacemakerów na 10 km i półmaraton. Napisałem, że mogę pobiec na dychę, na którą i tak byłem zapisany. Dodałem, że będę tydzień po maratonie więc szybkie bieganie nie wchodzi w grę.

Zaproponowano mi poprowadzenie grupy biegnącej na czas 60 minut. Wziąłem to z przyjemnością. Na kilka dni przed imprezą na instagramie napisała do mnie @ilona_z_mamy_ruszamy z pytaniem czy zajęczę, bo ona prowadzi grupę na 50 minut. Znaczy będzie okazja się spotkać, bo znam ją tylko z instagramowego profilu.

Krakowski maraton jak zapewne czytaliście zmasakrował mnie do szpiku kości. Pierwsze wybiegnięcie zrobiłem we wtorek biegnąc wolne 8 km (6:21 min/km), środę i czwartek odpuściłem, za to w piątek pojechaliśmy do Tuczna na 5 km w ramach I Begu Muzealnego i otarłem się tam o życiówkę.

W sobotę wyskoczyliśmy po pakiety startowe by nie zaprzątać sobie nimi głowy tuż przed biegiem, bo rozprowadzenie dla pacemakerów miało być o 9:10. Po odebraniu pakietów postanowiłem pierwszy raz skorzystać z nocy muzeów (w poprzednich latach sam obsługiwałem ruch turystyczny) i wskoczyliśmy do Muzeum Wojsk Lądowych. Refleksja ze zwiedzania wystawy stałej była jedna - eksponaty zawsze się obronią, elektronika niekoniecznie (na jakieś 8 monitorów z prezentacjami w 4 udało się wyjść do oprogramowania podstawowego). Wskoczyliśmy jeszcze do czołgu T72 by zobaczyć w czym przez półtora roku czy dwa lata męczył się mój brat. Ciasno tam i twardo.

08 stycznia 2016

Nie tak łatwo być ostatnim

Bieg 3 króli w Białych Błotach. Organizatorem Aldona. Kilkakrotnie czytałem, że biegi, które robi to idealnie szlifowane diamenty. Byłem ciekawe czy tak będzie w rzeczywistości. Trzej królowie to idealny temat na sztafetę. Trzy osoby, trzy kilometry. Szał trójek. Zapisaliśmy się niemal na początku. Pozostało czekać. Cierpliwie. Na fejsie kliknąłem lajka i okazało się, że Bieg 3 Króli to przemyślane działania. Niemal codziennie pojawiały się informacje. A to o sponsorach, a to o smakołykach, innym razem o pakietach startowych albo koronach na głowy zawodników. Przyznam się szczerze, że pierwszy raz spotkałem się z takim natłokiem informacji.
fot. Grzegorz Perlik


13 października 2015

Jak się nazywa żona maratoczyka?

16 Poznań Maraton. Odsłona druga. Tajemnicza.

- Ile wynosi wpisowe na maraton w Poznaniu?
- Teraz chyba ok. 150 zł. Wiesz, że to nie jest dobry pomysł?

Mniej więcej tak wyglądała chwila, gdy ziarenko wypuściło malutki kiełek. Było to po półmaratonie w Pile.

Z początku temat pojawiał się rzadko, ale wiedziałem jedno. Nie odwiodę Magdy od tego szalonego pomysłu. I nie próbowałem. Jeśli ja bym jej nie zapisał zrobiłaby to sama. Stanęło na tym, że poczekaliśmy do uruchomienia możliwości przepisywania pakietów startowych. Znalazłem ofertę pechowca, któremu kontuzja pokrzyżowała plan. Odsprzedawał go w promocji za 80 zł.

Formalności załatwiliśmy szybko, pakiet przepisano. Zmieniłem dane, rozmiar koszulki, strefę czasową i tyle.

I co jakiś czas trułem by poszła pobiegać. 20 września zrobiła drugą w życiu połówkę. Poza tym leniła się, że aż strach. Lipiec - 29,88 km, sierpień - 31,62 km, wrzesień 73,49 km (w tym półmaraton w Pile i wspomniane 21 km). W październiku 10 km...

- Wiesz co o tym sądzę...
- Wiem, ale jeśli teraz tego nie zrobię mogę nie zrobić w ogóle.
fot. www.maratonczyk.pl

20 września 2015

Przez chwilę byliśmy zwycięzcami

Od kilku tygodni zatruta studnia (jak mój znajomy nazywa TVN) trąbiła o PKO Biegu Charytatywnym. Pomysł startu pojawił się spontanicznie. Idea słuszna. Sztafeta, maksimum 60 pięcioosobowych drużyn w każdej z 12 lokalizacji. Czas 60 minut. Każde okrążenie to jeden posiłek dla dzieci fundowany przez PKO.

Padł pomysł, pojawiła się samozwańcza kierowniczka drużyny. Pojawiła się nazwa więc hop. Szybka rejestracja i Ortimed Runners Team pojawił się jako pierwszy na liście. Dni mijały, każdy biegał (albo i nie biegał) swoje. Przyszedł sobotni poranek. Zebraliśmy się na stadionie bydgoskiego Zawiszy. Ostatni (i jedyny) raz biegłem tam w 2001 roku w czasie sprawdzianu wojskowego, czyli na 3000 m (czas grubo powyżej 15 minut - teraz byłoby pewnie poniżej 12).

13 września 2015

I znów City Trail

W tej edycji zmienili tablice! Zamiast "Czas powyżej 22 minut" było "Czas poniżej 22 min". Niby to samo, kwestia ustawienia się po właściwej stronie, ale jednak...

Maraton wymaga niedzielnych wybiegań na poziomie 20-25 km. Dziś powinienem zrobić 20. W sumie nie wiedziałem co pobiec, na 15 km przed startem nie było szans. Była opcja, że w drodze do domu wyskoczę w Wojnowie i potruchtam, ale czy?

12 marca 2015

Pożegnanie z City Trail Bydgoszcz

8 marca jak wiadomo, tulipany, goździki i rajstopy. A nie. Goździki i rajstopy wypadły z obiegu. Ich miejsce w Bydgoszczy zajął szósty bieg z cyklu City Trail.
Ruszyliśmy stadnie - Madzia, Weronika, Ewa i ja. Tym razem nie robiłem 15 km rozgrzewki. Zgodnie z jesiennym założeniem ostatni bieg miał być startem na ostro i sprawdzianem przed Maniacką Dziesiątką, a w pewnej mierze także przed kwietniowym maratonem.
Niestety. Wiosenny maraton odpuszczam. Dlaczego? W styczniu wyciąłem sobie trzy zmiany barwnikowe skóry. Bieganie z zacerowaną klatką piersiową i plecami byłoby karkołomnym pomysłem. Po tygodniu, gdy już mógłbym się zabrać za treningi Weronika zaliczyła upadek w przedszkolu i  trzydniowy ból ręki skierował nas na ortopedyczną część SORu w Juraszu. A SOR dał nam atrakcje w postaci skierowania na dziecięcą onkologię, a tam jak wiadomo. Badania, badania, badania. Same dziwne nazwy. Niestety nie dla nas, bo znamy je doskonale. Na deser dopadła mnie grypa, z którą napar z czystka nie pomógł. I tak strzelił mi trzeci tydzień bez treningów. Czwarty tydzień to dla odmiany wizyta na oddziale rzeźników - znaczy ortopedii i biopsja kości. Ot życie na bombie zegarowej.

Powrót do treningów był ciężki, z wysokim tętnem i wolnym wbieganiem. Właściwie nie wróciłem do właściwego rytmu treningowego.
Standardowo na tydzień przed startem na 5 km zrobiłem wytrzymałość tempową 10x400/400 tym razem tempem 4:10 min/km (w październiku było to 4:20). Przyznam się, że w styczniu czterysetki biegałem czasami poniżej 4:00, ale cóż. Poszły w las. Tydzień przed startem to tylko 10 powtórzeń skipów i wieloskoków (50 m skip + 50 min wieloskok). W piątek przebiegnięty mały kawałek i tyle szaleństw.
fot. Grzegorz Perlik

02 stycznia 2015

Dwie życiówki na koniec czyli podsumowanie 2014 roku

Tytuł jest bardzo szumny i rozmija się nieco z typowym pojmowaniem życiówki. Tym razem żaden to czas, a dystanse: miesięczny i roczny. Patrząc na kolegów - dwóch Tomków B. szału nie robię. Ich kilometraże są o niebo większe. 246,63 km w grudniu, to o 39,01 km więcej niż w rekordowym marcu. Plan Skarżyńskiego w realizacji, zdaje się, że działa. W grudniu sumiennie, wypadły mi 2 treningi (jeden całkowicie, z drugiego zrobiłem 4 km i z powodu trwającego nadal bólu stawu skokowego odpuściłem 10 km). Gdyby przeliczyć to na kilometry i odjąć to co dodałem w innych treningach uzbierałoby się ok. 19 km.

Drugi rekord to przebieg roczny. Co prawda do marszałka Sikorskiego mi daleko, ale w przeciwieństwie do niego nie rozliczałem się z jazdy samochodem. 1582,75. W 2013 roku było skromniej, bo 1334 km. Wybiegałbym więcej, ale w styczniu i lutym męczyłem się z bólem pod kolanem, który wyglądał na zespół pasma biodrowo-piszczelowego. Po wizycie u fizjoterapeutki (polecam) okazało się, że odezwał mi się kręgosłup, bo nie wytrzymał niektórych ćwiczeń gimnastyki siłowej. W drugiej połowie lipca pojawił się ból poniżej zgięcia kolanowego. Zmniejszenie przebiegów nie przyniosło skutku, ortopeda orzekł chondromalację rzepki i torbiel Backera. Szczęśliwie ponowna wizyta u Justyny przyniosła bardziej optymistyczną diagnozę - przeciążenie. Skończyło się kilkoma sesjami masażu głębokiego i ból ustąpił. Gdyby nie te dwa epizody pewnie przekroczyłbym 1800, a może 2000 km. Zostawię to na przyszły rok.


Co jeszcze zadziało się w ciągu ubiegłego roku?
Zawody: 16 startów,  w tym 5 km po trzy starty wiosną i jesienią (zBiegiemNatury i City Trail), 1 raz 10 km z życiówką, ale gorszą o prawie 3 minuty od zakładanej, jedna 15 km z życiówką, pierwszy raz podszedłem do półmaratonu i zaliczyłem trzy. Oprócz tego biegi na karkołomnych dystansach 1,6 i 3,5 km, dwa biegi niepodległości (3 mile i 11 km).
fot. Waldemar Kowalewski


W sierpniu postanowiłem rozwinąć pisarstwo uprawiane na portalu maratonypolskie.pl i założyć blog. Efekt tego był taki, że wypożyczono mi do testów zegarek Soleus Fit, wygrałem w konkursie na testerów nowych modeli butów New Balance, a tym samym założyłem konto na instagramie.

NB  M1980GB
NB M980GG2
Dalej publikuję swe teksty na maratonach, efekt jest taki, że sporo z nich (ku memu zdziwieniu i radości zarazem) zostało przez admina wrzucone na główną stronę. Znaczy nie piszę aż tak źle.
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjE5n8V3-tpkXQGBr0goDFIkeNjMnSSE9JIEA0rdLZkmEyHny1F02NT77z76d2BFZok2nmGx-zJJdYg9mU25rVZsuaIRbwgyoOOUWcNVmhsiIzh9eHDhnaXSsuJKkKKIWkLA32MR00iiKU/s200/maratony_polskie.png
Poza tym coś się zaczęło ruszać w wydolności. Tempo rośnie, tętno spada. Zobaczymy jak to będzie wyglądać, gdy dojdę do WB2, które prędkościami przelotowymi będzie oscylować w okolicach mej życiówki na 10 km.

A plany na 2015 rok? Zacząłem 1 stycznia od dystansu 20,15 km, a teraz pozostaje wszystko co monotonne - trening do maratonu, który odbędzie się 19 kwietnia w Łodzi (chyba, że dziwnym trafem rzucę się na Kraków, ale raczej wątpię). Oprócz tego dokończenie cyklu City Trail, parę dziesiątek, półmaratony w Inowrocławiu, Unisławiu i rozprawienie się z Piłą. Może jesienią rzucę się na maraton w Poznaniu?

27 października 2014

Grand Prix City Trail start.

26 października 2014 roku. City Trail w Bydgoszczy ruszył z kopyta. Jeszcze wiosną zawody zwały się zBiegiemNatury, ale organizujące ekipy postanowiły wziąć rozwód, z różnych, tajemnych jak receptura na złoto z ołowiu, powodów stara nazwa nie pozostała i stąd mamy obco brzmiące siti trail (jak próbuje to wymówić moja sześcioletnia Weronika).

Na cykl czekam i nie czekam. No dobra czekam, ale z nutą smutku, bo postanowiłem, że tylko dwa razy pobiegnę ostro. Będą to pierwsze i ostatnie zawody. Dlaczego? Od listopada ruszam z przygotowaniami do maratonu i nie będę grzeszył odstępując od planu treningowego. Niby to raz w miesiącu, ale zawsze.

No, ale do rzeczy - opowieści o pierwszym biegu. Zapowiadał się tłok. Zafundowałem żonie i sobie numer imienny, do tego sąsiadka też takowy zakupiła. Trzecią osobą, którą pewnie namówiłem (a przynajmniej szepnąłem jej o tych świetnych zawodach) jest wspominana parokrotnie czarodziejka od wszystkiego co boli (celowo nie napiszę "ręce, które leczą" bo zdaje się, że to termin zarezerwowany) - p. Justyna - znaczy fizjoterapeutka, czwartą Jola - z której jest kawał dobrej poetki (gdyby ktoś chciał jej tomik niech da znać - powiem jak go zdobyć). Szepnąłem też Piotrowi - koledze z Nakła. Zapowiadał się tłok (tak przynajmniej sugerowała lista startowa opiewająca na jakieś 620 osób. Koniec końców do mety dotarło 586 zawodników, co jest oczywiście rekordem (w ub. roku w Bydgoszczy startowało plus minus 400 osób).

Skoro start miał być ostry to też plan musiał do tego równać. Postanowiłem powalczyć o poprawę ubiegłorocznej życiówki, która wynosiła 22:42. Planowałem przycisnąć i zrobić 21:59, ale czy to możliwe? Tydzień wcześniej zrobiłem wytrzymałość tempową 10x400m/400 m w tempie 4:20 min/km. Niewiadomą pozostawało czy zdołam to wytrzymać siłowo i czy starczy mi tchu.


Jak zwykle w Myślęcinku wylądowaliśmy sporo przed czasem. Jakoś nie mogę przywyknąć, że w niedzielę do Bydgoszczy jedzie się dużo szybciej. Na początek odbiór numeru startowego Weroniki. W ubiegłym roku startowała i tak jej się to spodobało, że w tym roku również chciała. Nie zniechęciły jej nawet ostatnie miejsca, które namiętnie zajmuje. Jeszcze przed wyjazdem opowiadała, że śniło jej się, iż przybiega jako pierwsza. Ech... Może kiedyś??

Im bliżej startu City Trail Junior tym więcej ludzi. Spotkaliśmy się z p. Justyną, jej mężem i córką, która również dała się namówić. Dziewczynki jak zwykle w swym szalonym świecie. Numery przypięte i wreszcie doczekały się rozpoczęcia procedury przedstartowej. Pod bramką tłok. Tez z serii "tłok jak smok". Tak na oko dzieciaków było ze dwa razy tyle co rok temu. Odprawa, spacer na linię startu i tam rozgrzewka. Jako, że dzieciaków dużo postanowiono puścić je w dwóch turach. Panie przodem.  Zanim to nastąpiło padło sakramentalne pytanie i ma ulubiona odpowiedź:

Dla tego TAAAAAAAAAAAAAK warto tam być :)
Wreszcie "Gotów. Start!" I poszły konie po asfalcie. Weronika sama. Wszak to przynajmniej ósmy start w jej życiu, więc wie co i jak. Próbowałem robić zdjęcia, ale z aparatem typu małpka nie mogę znaleźć wspólnego języka.
Po drodze wyprzedziła płaczącą dziewczynkę poganianą przez matkę czy ojca (nie zwróciłem uwagi). Niestety. Chore ambicje rodziców wyłażą czasem na pierwszy plan. Dziecko ma być naj, naj, naj. Byle nie najgorsze i nie "najdrugsze" Wyścig szczurzątek...
Wreszcie meta. Nawet nie wiedziałem, że na mecie aparatem polował Grzegorz Perlik. Grzesiu! Jeszcze raz ślicznie dziękuję.
fot. Grzegorz Perlik

Po biegu dziecięcym trochę czasu na plotki i pogaduchy, od Krzyśka dowiedziałem, się, że robi za słomianego wdowca, bo żona mu się wykruszyła (szkoda, bo miałem ochotę się z nią pościgać), a o przed 10.30 ruszyłem się przebrać i zabrać za rozgrzewkę. Muszę pamiętać, że 30 minut na obie czynności to ciut za mało. Następnym razem poświęcę na to przynajmniej 40 minut. Jeszcze Grześ mnie upolował, gdy biegłem z bluzą dla Weroniki i stwierdził, że wypatrzeć mnie w tłumie będzie ciężko.
fot. Grzegorz Perlik

Prawdę mówiąc miałem problem jaki zestaw ubrań wybrać. Rano było nieprzyzwoicie zimno i dało się wytrzymać mając na sobie cienki sweter, dwa polary i kurtkę. Na bieg zrezygnowałem jednak z długich spodni, wrzuciłem na grzbiet długi podkoszulek termo, bluzę i klubową koszulkę z krótkim rękawem. Na tyłku krótkie spodenki. Pod koniec rozgrzewki wiedziałem, że trzeba będzie zrezygnować z bluzy. Skłony, skręty, przebieżki i... O cholera. 10 minut do startu, a ja bez rozciągania. Szybka wizyta w depozycie, trzy rozciągnięcia, nie zdecydowałem się nawet by wysypać piach z buta. Minuta, lekki stres. Nigdy nie stałem w tak szybkiej strefie startowej.
Poszliśmy! Kontrola tempa po stu metrach. 26 sekund. Idealnie. Trzy zdania z człowiekiem obok, pytał na ile biegnę, stwierdził, że się dołączy, bo dziś jest bez zegarka. 200 metrów dalej pobiegł szybciej.
Skręciliśmy w lewo, asfalt za nami, a przed najgorsze 300 m trasy - wybitnie rozdeptane i miękkie. I tym razem grupa była szybka, nikt nie odpadał, w zasadzie nie trzeba było wyprzedzać. To dla mnie nowość.
Pierwszy kilometr idealny - 4:23, od drugiego tradycyjna różnica między oznaczeniem trasy a zegarkiem. Drugi wolniej - 4:32 (pod jego koniec dwie niespodzianki - leżące na trasie drzewo sprawiło, że pomyślałem, iż wreszcie jest przełajowo, ale zaraz za nim dziwnie przeciągnięta taśma wyznaczająca trasę), trzeci 4:37. Biegnę skupiony, nawet nie macham do aparatu. Dopiero w domu, na zdjęciach wypatrzyłem, że pod nogami miałem piękny dywan z liści.
fot. Grzegorz Perlik

Na czwartym zacząłem czuć nogi, czas 4:31. To oczywiście czasy z zegarka. Na piątym kilometrze zacząłem przyspieszać. Ostatni zakręt w prawo, zaczął się asfalt, wiem, że to jeszcze ok. 400 m. Kontroluję pierwszy raz czas całkowity. Było jakieś 20:40. Szybki kalkulacja i wiem, że mam szanse. Zatem mocniej i mocniej. Poganiam wyprzedzanych, kilku z nich się rewanżuje. Cisnę. 200 m do mety, 100, 50, 30. Patrzę na zegar przy mecie. O ile pamiętam coś ok. 21:50. Już wiem. Nawet brutto będzie poniżej 22 minut! Na koniec ręce w górę, zatrzymanie zegarka i znów ręce w górę. Zrobiłem! Jest! 21:51:90! Czas z grudnia ub. roku poprawiłem o 50 sekund!
Zdyszany oddałem chip, przechwyciłem Wierkę, która była pod opieką Tomka i stanęliśmy w okolicy mety by dopingować mamie Magdzie, sąsiadce Ewie i fizjo Justynie. A w ręku wielki transparent przygotowany w domu.
Moje bystre dziecko samo wpadło na pomysł by wpisać wszystkie imiona.
Wreszcie pojawiły się dziewczyny. Wcześniej - sądząc, że Magda do końca pobiegnie na luzie - zapytałem Wierkę czy chce wbiec na metę z mamą. Oczywiście. A tu niespodzianka. Cała trójka przyspieszyła i gnała w najlepsze. Wierka złapana za rękę upadła na 2 metry przed metą, a Magda się zatrzymała na 50 cm przed matą i po nią wróciła. I tak przeskoczyło na zegarze na 36 minut.
Za metą baby się zagubiły, nie znalazłem ich koło samochodu, ale stwierdziłem, że się przebiorę. Wróciłem w okolice startu, tam odczytałem smsa od Joli. Jakoś się znaleźliśmy by zrobić sobie zdjęcie pod bramą startową.
Wracając wypatrzyłem Olę i Błażeja Brzezińskich. Nie mogłem sobie odmówić i poprosiłem mistrzów o wspólne foto. Błażej to tegoroczny brązowy medalista Mistrzostw Polski w maratonie, a w Mistrzostwach Europy do końca walczył dla drużyny, mając nadzieję, że dołoży swą cegiełkę do drużynowego medalu, niestety, jak większość pamięta dwóch naszych zeszło z trasy.

Zawody udane. Jak zwykle sympatyczne, jak zwykle dobrze zorganizowane. Herbata pyszna, rogaliki jeszcze lepsze. Dla dzieciaków lizaki i herbata (Wierka prosiła o dolewkę, a po moim biegu ograbiła mnie z większej części). W toitoiach luksus - papier toaletowy (co prawda z tych stresujących - znaczy cienki, ale był). W skali dziesięciopunktowej daję 11.
A czytając wieczorem relację dowiedziałem się o co chodziło z taśmą i drzewem. Okazało się, że to działalność jakiś "życzliwych".

I zdaje się, że mogłem zaryzykować i pobiec nieco szybciej. Średnie tętno wyniosło 185, maksymalne 195, zatem w rezerwie zostało 8 uderzeń i całą trasę oddychało mi się całkiem swobodnie. Nie dyszałem tak jak w grudniu ub. roku. Nie zmienia to faktu, że jestem bardzo zadowolony.

Teraz czekam na XVIII Bieg Niepodległości w Pigży. Tam będzie treningowo, tempem powyżej 6 min/km. I może jeszcze wystartuję w mej wsi, o ile nie będę w pracy.

2 bieg City Trail w Bydgoszczy już 30 listopada.

03 września 2014

Nie ufaj ortopedzie

Tytuł przewrotny, prowokacyjny, a czy przypadkiem się nie mylę? Nie wiem.
2 września, po trzech tygodniach od poprzedniej wizyty, dostałem się do ortopedy. Wiedząc, że kolejki przed jego gabinetem są długie wybrałem się po pracy, ok. godz. 16.10. Tłok jak smok. Dostałem się wyjątkowo późno, po godz. 17. I cóż doktor? Jak poprzednio. Wybitnie nierozmowny, obejrzał zdjęcia, z opisu wyczytał, że zmian w stawie nie ma. Orzekł, że rzepka jest za wysoko więc z tym brakiem zmian tak do końca nie jest to prawda. Konsekwencją jest to, że rzepka ociera o kość, wytwarza się płyn i powstaje torbiel Bakera. Zapisał mi zabiegi rehabilitacyjne i w razie dalszych kłopotów mam się ponownie pojawić. Zapytałem jeszcze czy mogę biegać, stwierdził, że nie bardzo.

Super co?

Po powrocie do domu chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do fizjoterapeutki. (uwaga, program zawiera lokowanie produktu) Gdybyście mieli jakieś problemy polecam Ortimed. Porozmawialiśmy chwilę, zreferowałem co i jak, pani Justyna na szybko podzieliła się swymi refleksjami, zapytałem czy można to otejpować i umówiliśmy się na środę.

Wiecie co ortopedzi mówią o fizjoterapeutach? Że są (bywają) szarlatanami. Ha!  Po dzisiejszej wizycie stwierdzam rzecz odwrotną. Ortopedzi bywają. Wiem, to niesprawiedliwe, więc może ci, którym płaci NFZ (a nie są to małe pieniądze).

Dzieli ich pewnie z 15 lat doświadczeń, u niego tytuł lek. med, ona mgr. Wiadomo, lek. med. to coś, nie jakiś tam magister.

Czyżby?

Dzisiejsza wizyta - porządny wywiad. Mogłem powiedzieć w których miejscach boli i jak to wygląda (pan lek. med. przerwał mi w połowie zdania i nie było szans by powiedzieć wszystko). Do tego powyginanie, wyduszanie i co tam jeszcze nóg, obejrzenie zdjęć rtg (mam ładne kolano hihi), pokazane kilka ćwiczeń a na deser barwy bojowe.


Kinesio Taping. +100 do lansu, +90 do prędkości, +900 do zmniejszenia bólu.

Po powrocie do domu wskoczyłem w ciuchy i ruszyłem na 5 km spokojnego biegu w okolicach 5:40 min./km. Po 5 km postanowiłem dołożyć 5,55 km planowanym tempem drugiej połowy półmaratonu czyli 5:20 min/km. W praktyce wyglądało tak, że trochę pognałem.


Zdawać się może, że to tylko głupie oklejenie rozciągliwymi taśmami, a okazuje się, że zdecydowanie zmienia działanie mięśni. Ból pojawiał się tylko na podbiegach i nie był zbyt intensywny. Na prostej i zbiegach było okej.

Co będzie w niedzielę? Nie wiem. Brakuje mi kilometrów. 10-12 km wybiegam spokojnie, czy 21,097 dam radę? Planuję zrobić to w 2 godziny, a to daje tempo 5:41 min./km. To wybiegam swobodnie, ale kusi mnie zrobić tak połowę dystansu, a drugą na 5:20. Pozostaje pytanie czy to rozsądne.

21097 metrów. Moje trzecie podejście do tego dystansu. Tym razem na luzie. Po półmaratonie trzeba się zabrać za leczenie przeciążeń.
Właśnie. Bóle są przeciążeniowe.

22 sierpnia 2014

Podbieg, którym straszą (archiwum maratonypolskie.pl 26.06.2014)

XI Półmaraton Unisławski za mną. To był mój drugi start na tym dystansie. Pierwszy - Bieg Piastowski, w którym wystartowałem półtora miesiąca temu wiódł z Kruszwicy do Inowrocławia. Plan miałem jasny przebiec poniżej 1:45. Wyszło 1:45:41, więc nic dziwnego, że pozostał po nim lekki niedosyt.

fot. fotowasyl.pl
Do Unisławia jechałem nasłuchawszy się strasznych historii o podbiegu rozpoczynającym się w połowie 19 kilometra. Znajomi straszyli nim tak, jak straszy się małe dzieci złą czarownicą, albo niewiernych mężów zemstą teściowej. Byłem ciekaw czy faktycznie jest tak ciężko, miałem wielką ochotę stawić mu czoła, pokazać a może sprawdzić, że nie dam się złamać. Oprócz tego pozostawał inowrocławski niedosyt. 1:45. Czy to w ogóle możliwe?


Czerwcowe treningi zdominowała siła biegowa. W zasadzie w ogóle nie robiłem przebieżek. Skip A, skip A, skip A... Na domiar złego pierwszy tydzień w ogóle odpuściłem, bo ból pachwin, który objawił się ze trzy tygodnie wcześniej nie chciał przejść. Skip A, skip A...
Na 9 dni przed Unisławiem zrealizowałem marzenie, choć prawdę mówiąc był to raczej nieokreślony terminowo plan a nie marzenie. Pobiegłem z mej rodzinnej miejscowości do domu, w sumie 20 km. Zastanawiałem się czy ryzykować czy nie, ale skoro trafiła się okazja to dlaczego nie? Sobota mocne 10 km. Na tyle mocne, że przebiegłem o 4 sekundy szybciej od życiówki. W ostatnim tygodniu było już spokojnie. Dwa wybiegnięcia, w sumie jakieś 13 km.

W trosce o kręgosłup - przeprosty fot. (chyba) Jan Chmielewski
W niedzielny poranek wyruszyłem z nastawieniem rozprawienia się z z czasem i górką. W biurze zawodów wszystko załatwiłem tak szybko, że wręcz niezauważalnie. Poszedłem do samochodu się przebrać, a tu obok mnie ktoś koniecznie chciał zaparkować. Ot pierwszy traf, gdybyśmy sie umawiali pewnie dłużej byśmy się szukali. To przyjechał Kasjer, któremu marzyło się by wreszcie się rozprawić z 2 godzinami w Unisławiu. Rozgrzewka, start honorowy. Nuda. Start ostry i poszło planowo. Pierwszy kilometr 4:57, drugi 4:59. Gdzieś na trzecim dogoniło mnie śliczne towarzystwo i tak wespół z Milką, jej koleżanką i jednym panem biegliśmy szybciej lub wolniej (choć dziewczyny były zdania, że trzeba szybciej, bo na drugiej dziesiątce zapłacimy za ociąganie się). 4:51-4:55. Gdzieś koło 8 kilometra dziewczyny zostały z tyłu. Szkoda, bo biegło się całkiem miło, były chęci by trochę pożartować. 10-11 km to zbieg. Stromy, dobre 40-50 m deniwelacji i tu postanowiłem lekko pofolgować 4:44-4:40, a później prosto. Doskoczył do mnie chłopak z Grudziądza i równym tempem pobiegliśmy w okolice 15 km, na którym to dopadł mnie lekki kryzys. Tempo spadło do 5:05. Od 17 km nowy towarzysz. Tempo nieco podkręcone. Nogi zaczynają boleć, zbliża się wizja podbiegu. Jakiś kilometr przed nim mój towarzysz się urwał i przyspieszył.
fot. (chyba) Jan Chmielewski

Z podbiegiem rozprawiałem się sam. Jak było? Nieziemsko. Pod górę, pod górę. "Jak będzie zakręt w lewo i skończy się las zrobi się bardzo stromo." Te słowa Kasjera tkwiły mi w głowie i na ten zakręt czekałem. Tempo spadło. 20 kilometr w 5:25, 21 w 5:27. Niesamowita wspinaczka. Gdzieś pod jej koniec zbiegał kolega, który zdążył się zameldować na mecie. Krzyczy bym przycisnął, że za 100 metrów koniec podbiegu. Miałem ochotę go czymś rzucić i powiedzieć parę brzydkich słów. Pobiegłem dalej.
fot. Waldemar Kowalewski
Wreszcie ukazała się meta. Jakieś 300 metrów ode mnie. W głowie pojawiło się pytanie czy zdołam przycisnąć, czy dam radę finiszować. Rzuciłem okiem na zegarek, ale jakoś nie zdołałem zarejestrować czasu, postanowiłem pognać ile sił. Zmieniłem rytm, wydłużyłem krok, nogi wyżej, jeszcze dogonić człowieka w niebieskiej koszulce, dopaść go przed metą. Wreszcie. I choć komputer zczytał nasze chipy odwrotnie i oficjalnie go nie wyprzedziłem (choć zdjęcie pokazuje coś innego) nie narzekam. Zdobyłem Unisław, pokonałem podbieg, rozliczyłem się z półmaratonem. 1:44:44 netto.


fot. Jan Chmielewski
Podbiegi zaczynają mi się podobać. Zerkając na dane z garmina. Podbieg długości 1620 m. Różnica poziomów 56 m. Mając w nogach ponad 19 km robi to wrażenie.

Za rok postaram się wystartować ponownie.


3 razy Śnieżka

Rzec można, że w naszych duszach, czasem i ciałach, istnieją zadry, z którymi koniecznie chcemy się rozliczyć. Nieważne czy nastąpi to po ro...