Kilka razy zdarzyło mi się być dla kogoś zającem. Nic strasznego o ile jest to jedna osoba i nie ma jakiś wygórowanych założeń. Kilka tygodni temu na profilu I PKO Bydgoskiego Festiwalu Biegowego pojawiło się ogłoszenie o poszukiwaniu pacemakerów na 10 km i półmaraton. Napisałem, że mogę pobiec na dychę, na którą i tak byłem zapisany. Dodałem, że będę tydzień po maratonie więc szybkie bieganie nie wchodzi w grę.
Zaproponowano mi poprowadzenie grupy biegnącej na czas 60 minut. Wziąłem to z przyjemnością. Na kilka dni przed imprezą na instagramie napisała do mnie @ilona_z_mamy_ruszamy z pytaniem czy zajęczę, bo ona prowadzi grupę na 50 minut. Znaczy będzie okazja się spotkać, bo znam ją tylko z instagramowego profilu.
Krakowski maraton jak zapewne czytaliście zmasakrował mnie do szpiku kości. Pierwsze wybiegnięcie zrobiłem we wtorek biegnąc wolne 8 km (6:21 min/km), środę i czwartek odpuściłem, za to w piątek pojechaliśmy do Tuczna na 5 km w ramach I Begu Muzealnego i otarłem się tam o życiówkę.
W sobotę wyskoczyliśmy po pakiety startowe by nie zaprzątać sobie nimi głowy tuż przed biegiem, bo rozprowadzenie dla pacemakerów miało być o 9:10. Po odebraniu pakietów postanowiłem pierwszy raz skorzystać z nocy muzeów (w poprzednich latach sam obsługiwałem ruch turystyczny) i wskoczyliśmy do Muzeum Wojsk Lądowych. Refleksja ze zwiedzania wystawy stałej była jedna - eksponaty zawsze się obronią, elektronika niekoniecznie (na jakieś 8 monitorów z prezentacjami w 4 udało się wyjść do oprogramowania podstawowego). Wskoczyliśmy jeszcze do czołgu T72 by zobaczyć w czym przez półtora roku czy dwa lata męczył się mój brat. Ciasno tam i twardo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bydgoszcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bydgoszcz. Pokaż wszystkie posty
27 maja 2016
22 marca 2016
Finał City Trail w Bydgoszczy
21 marca 2016 r. podsumowanie tegorocznej edycji City Trail w Bydgoszczy. Z Madzią zaliczyliśmy 4 starty, do tego po jednym w Łodzi i Gdyni. Na finał czekaliśmy i nie. Rok temu wpadłem na pomysł by w dziecięcej kategorii D1 wręczyć nagrodę dla ostatniej zawodniczki. Ku pamięci Weroniki, której nigdy nie udało się przybiec jako przedostatnia dziewczynka. Pomysł na nagrodę był od początku - klocki lego. Do pomysłu postanowiła się dołączyć pewna zawodniczka z woj. pomorskiego, która przysłała jeden ze swoich pucharów. Prosiła by o niej nie wspominać, więc nazwiskiem nie sypnę.
06 grudnia 2015
Dlaczego nie poszedłem na budownictwo?
5 grudnia to dzień tuż przed wybuchem mikołajowego szaleństwa. Niestety dożyliśmy czasów unifikacji i koszmarnego pomieszania. W 99% właściwego św. Mikołaja - biskupa - zastąpił krasnal z reklamy coca coli. Tenże krasnal pojawia się jeszcze na Boże Narodzenie (nie wiem czy to ten sam, ale spóźniony, czy inny, a może to ten sam, tyle że tak mu się spodobało prezentowanie, że chodzi z repetą).
W ramach mikołajowego szału w Bydgoszczy zorganizowano kolejną akcję zbierania funduszy na paczki dla podopiecznych Stowarzyszenia Piecza Zastępcza. W tym roku do tradycyjnego meczu piłki nożnej dorzucono sztafetę. Założenie proste. Drużyna trzyosobowa, czas trwania 60 minut. Drużynę Ortimed Runners Team zgłosiłem dawno temu.
W ramach mikołajowego szału w Bydgoszczy zorganizowano kolejną akcję zbierania funduszy na paczki dla podopiecznych Stowarzyszenia Piecza Zastępcza. W tym roku do tradycyjnego meczu piłki nożnej dorzucono sztafetę. Założenie proste. Drużyna trzyosobowa, czas trwania 60 minut. Drużynę Ortimed Runners Team zgłosiłem dawno temu.
![]() |
| fot. facebook.com/BydgoscyBiegacze |
20 września 2015
Przez chwilę byliśmy zwycięzcami
Od kilku tygodni zatruta studnia (jak mój znajomy nazywa TVN) trąbiła o PKO Biegu Charytatywnym. Pomysł startu pojawił się spontanicznie. Idea słuszna. Sztafeta, maksimum 60 pięcioosobowych drużyn w każdej z 12 lokalizacji. Czas 60 minut. Każde okrążenie to jeden posiłek dla dzieci fundowany przez PKO.
Padł pomysł, pojawiła się samozwańcza kierowniczka drużyny. Pojawiła się nazwa więc hop. Szybka rejestracja i Ortimed Runners Team pojawił się jako pierwszy na liście. Dni mijały, każdy biegał (albo i nie biegał) swoje. Przyszedł sobotni poranek. Zebraliśmy się na stadionie bydgoskiego Zawiszy. Ostatni (i jedyny) raz biegłem tam w 2001 roku w czasie sprawdzianu wojskowego, czyli na 3000 m (czas grubo powyżej 15 minut - teraz byłoby pewnie poniżej 12).
Padł pomysł, pojawiła się samozwańcza kierowniczka drużyny. Pojawiła się nazwa więc hop. Szybka rejestracja i Ortimed Runners Team pojawił się jako pierwszy na liście. Dni mijały, każdy biegał (albo i nie biegał) swoje. Przyszedł sobotni poranek. Zebraliśmy się na stadionie bydgoskiego Zawiszy. Ostatni (i jedyny) raz biegłem tam w 2001 roku w czasie sprawdzianu wojskowego, czyli na 3000 m (czas grubo powyżej 15 minut - teraz byłoby pewnie poniżej 12).
29 sierpnia 2015
Biegam bo lubię. Czy warto?
Dziś się nie rozpiszę.
Naszła mnie refleksja na temat klepania kilometrów. Mam plan treningowy pod maraton (Skarżyński). Od 6 tygodni klepię część z biegami w drugim zakresie w czwartki. Wtorki to siła biegowa (50 metrów skip A plus 50 metrów wieloskok), sobota przebieżki, niedziela na zmianę 20 i 25 km. Jak widać nudno. Nie ma się co czarować. Trening pod maraton jest wybitnie monotonny i pewnej odmiany można szukać tylko w soboty, zmieniając dystanse przebieżek.
Naszła mnie refleksja na temat klepania kilometrów. Mam plan treningowy pod maraton (Skarżyński). Od 6 tygodni klepię część z biegami w drugim zakresie w czwartki. Wtorki to siła biegowa (50 metrów skip A plus 50 metrów wieloskok), sobota przebieżki, niedziela na zmianę 20 i 25 km. Jak widać nudno. Nie ma się co czarować. Trening pod maraton jest wybitnie monotonny i pewnej odmiany można szukać tylko w soboty, zmieniając dystanse przebieżek.
22 czerwca 2015
Bieg po uśmiech
Naszło mnie by pobiegać w Myślęcinku. No, nie tak samemu z siebie. Poproszono mnie. Kto i po co? O tym napiszę za parę tygodni.
Pomysł był taki, że pojedziemy z Madzią i pobiegamy i wówczas coś mnie tknęło... Szybka wizyta na maratonypolskie.pl i sprawa się wyjaśniła. O 11 miał się odbyć Bieg po uśmiech. Przedziwna nazwa co? Dawno temu wystartowałem w biegu ku słońcu, teraz miał być po uśmiech. Nie był to zwykły bieg. Miał być taki bez klasyfikacji, zapewne bez numerów startowych, ale z medalami na mecie. Bieg po uśmiech wychowanków Domu Małego Dziecka w Bydgoszczy, impreza bez opłaty startowej w formie pieniężnej, ale za to w formie materialnej. Dominika, dziewczyna, którą kojarzę z cyklu City Trail wymyśliła by wspomóc placówkę o najpotrzebniejsze rzeczy. Niby nic, ale jak się zerknie na z pozoru zwykłą listę sugerowanych sprawunków można się przerazić ogromem potrzeb. Pieluchy? OK. Gerberki? OK. Słodycze? Też. Ale jak dotarłem do rzeczy podstawowych - mąki, cukru, makaronu, a do tego przeczytałem, że potrzeba im leków przeciwgorączkowych, jałowych opatrunków to się przeraziłem. W naszych mniej czy bardziej ciepłych i zaopatrzonych mieszkaniach nie domyślamy się jak wielkie braki są w tego typu placówkach...
Pomysł był taki, że pojedziemy z Madzią i pobiegamy i wówczas coś mnie tknęło... Szybka wizyta na maratonypolskie.pl i sprawa się wyjaśniła. O 11 miał się odbyć Bieg po uśmiech. Przedziwna nazwa co? Dawno temu wystartowałem w biegu ku słońcu, teraz miał być po uśmiech. Nie był to zwykły bieg. Miał być taki bez klasyfikacji, zapewne bez numerów startowych, ale z medalami na mecie. Bieg po uśmiech wychowanków Domu Małego Dziecka w Bydgoszczy, impreza bez opłaty startowej w formie pieniężnej, ale za to w formie materialnej. Dominika, dziewczyna, którą kojarzę z cyklu City Trail wymyśliła by wspomóc placówkę o najpotrzebniejsze rzeczy. Niby nic, ale jak się zerknie na z pozoru zwykłą listę sugerowanych sprawunków można się przerazić ogromem potrzeb. Pieluchy? OK. Gerberki? OK. Słodycze? Też. Ale jak dotarłem do rzeczy podstawowych - mąki, cukru, makaronu, a do tego przeczytałem, że potrzeba im leków przeciwgorączkowych, jałowych opatrunków to się przeraziłem. W naszych mniej czy bardziej ciepłych i zaopatrzonych mieszkaniach nie domyślamy się jak wielkie braki są w tego typu placówkach...
12 marca 2015
Pożegnanie z City Trail Bydgoszcz
8 marca jak wiadomo, tulipany, goździki i rajstopy. A nie. Goździki i rajstopy wypadły z obiegu. Ich miejsce w Bydgoszczy zajął szósty bieg z cyklu City Trail.
Ruszyliśmy stadnie - Madzia, Weronika, Ewa i ja. Tym razem nie robiłem 15 km rozgrzewki. Zgodnie z jesiennym założeniem ostatni bieg miał być startem na ostro i sprawdzianem przed Maniacką Dziesiątką, a w pewnej mierze także przed kwietniowym maratonem.
Niestety. Wiosenny maraton odpuszczam. Dlaczego? W styczniu wyciąłem sobie trzy zmiany barwnikowe skóry. Bieganie z zacerowaną klatką piersiową i plecami byłoby karkołomnym pomysłem. Po tygodniu, gdy już mógłbym się zabrać za treningi Weronika zaliczyła upadek w przedszkolu i trzydniowy ból ręki skierował nas na ortopedyczną część SORu w Juraszu. A SOR dał nam atrakcje w postaci skierowania na dziecięcą onkologię, a tam jak wiadomo. Badania, badania, badania. Same dziwne nazwy. Niestety nie dla nas, bo znamy je doskonale. Na deser dopadła mnie grypa, z którą napar z czystka nie pomógł. I tak strzelił mi trzeci tydzień bez treningów. Czwarty tydzień to dla odmiany wizyta na oddziale rzeźników - znaczy ortopedii i biopsja kości. Ot życie na bombie zegarowej.
Powrót do treningów był ciężki, z wysokim tętnem i wolnym wbieganiem. Właściwie nie wróciłem do właściwego rytmu treningowego.
Standardowo na tydzień przed startem na 5 km zrobiłem wytrzymałość tempową 10x400/400 tym razem tempem 4:10 min/km (w październiku było to 4:20). Przyznam się, że w styczniu czterysetki biegałem czasami poniżej 4:00, ale cóż. Poszły w las. Tydzień przed startem to tylko 10 powtórzeń skipów i wieloskoków (50 m skip + 50 min wieloskok). W piątek przebiegnięty mały kawałek i tyle szaleństw.
Ruszyliśmy stadnie - Madzia, Weronika, Ewa i ja. Tym razem nie robiłem 15 km rozgrzewki. Zgodnie z jesiennym założeniem ostatni bieg miał być startem na ostro i sprawdzianem przed Maniacką Dziesiątką, a w pewnej mierze także przed kwietniowym maratonem.
Niestety. Wiosenny maraton odpuszczam. Dlaczego? W styczniu wyciąłem sobie trzy zmiany barwnikowe skóry. Bieganie z zacerowaną klatką piersiową i plecami byłoby karkołomnym pomysłem. Po tygodniu, gdy już mógłbym się zabrać za treningi Weronika zaliczyła upadek w przedszkolu i trzydniowy ból ręki skierował nas na ortopedyczną część SORu w Juraszu. A SOR dał nam atrakcje w postaci skierowania na dziecięcą onkologię, a tam jak wiadomo. Badania, badania, badania. Same dziwne nazwy. Niestety nie dla nas, bo znamy je doskonale. Na deser dopadła mnie grypa, z którą napar z czystka nie pomógł. I tak strzelił mi trzeci tydzień bez treningów. Czwarty tydzień to dla odmiany wizyta na oddziale rzeźników - znaczy ortopedii i biopsja kości. Ot życie na bombie zegarowej.
Powrót do treningów był ciężki, z wysokim tętnem i wolnym wbieganiem. Właściwie nie wróciłem do właściwego rytmu treningowego.
Standardowo na tydzień przed startem na 5 km zrobiłem wytrzymałość tempową 10x400/400 tym razem tempem 4:10 min/km (w październiku było to 4:20). Przyznam się, że w styczniu czterysetki biegałem czasami poniżej 4:00, ale cóż. Poszły w las. Tydzień przed startem to tylko 10 powtórzeń skipów i wieloskoków (50 m skip + 50 min wieloskok). W piątek przebiegnięty mały kawałek i tyle szaleństw.
![]() |
| fot. Grzegorz Perlik |
27 października 2014
Grand Prix City Trail start.
26 października 2014 roku. City Trail w Bydgoszczy ruszył z kopyta. Jeszcze wiosną zawody zwały się zBiegiemNatury, ale organizujące ekipy postanowiły wziąć rozwód, z różnych, tajemnych jak receptura na złoto z ołowiu, powodów stara nazwa nie pozostała i stąd mamy obco brzmiące siti trail (jak próbuje to wymówić moja sześcioletnia Weronika).
Na cykl czekam i nie czekam. No dobra czekam, ale z nutą smutku, bo postanowiłem, że tylko dwa razy pobiegnę ostro. Będą to pierwsze i ostatnie zawody. Dlaczego? Od listopada ruszam z przygotowaniami do maratonu i nie będę grzeszył odstępując od planu treningowego. Niby to raz w miesiącu, ale zawsze.
No, ale do rzeczy - opowieści o pierwszym biegu. Zapowiadał się tłok. Zafundowałem żonie i sobie numer imienny, do tego sąsiadka też takowy zakupiła. Trzecią osobą, którą pewnie namówiłem (a przynajmniej szepnąłem jej o tych świetnych zawodach) jest wspominana parokrotnie czarodziejka od wszystkiego co boli (celowo nie napiszę "ręce, które leczą" bo zdaje się, że to termin zarezerwowany) - p. Justyna - znaczy fizjoterapeutka, czwartą Jola - z której jest kawał dobrej poetki (gdyby ktoś chciał jej tomik niech da znać - powiem jak go zdobyć). Szepnąłem też Piotrowi - koledze z Nakła. Zapowiadał się tłok (tak przynajmniej sugerowała lista startowa opiewająca na jakieś 620 osób. Koniec końców do mety dotarło 586 zawodników, co jest oczywiście rekordem (w ub. roku w Bydgoszczy startowało plus minus 400 osób).
Skoro start miał być ostry to też plan musiał do tego równać. Postanowiłem powalczyć o poprawę ubiegłorocznej życiówki, która wynosiła 22:42. Planowałem przycisnąć i zrobić 21:59, ale czy to możliwe? Tydzień wcześniej zrobiłem wytrzymałość tempową 10x400m/400 m w tempie 4:20 min/km. Niewiadomą pozostawało czy zdołam to wytrzymać siłowo i czy starczy mi tchu.
Jak zwykle w Myślęcinku wylądowaliśmy sporo przed czasem. Jakoś nie mogę przywyknąć, że w niedzielę do Bydgoszczy jedzie się dużo szybciej. Na początek odbiór numeru startowego Weroniki. W ubiegłym roku startowała i tak jej się to spodobało, że w tym roku również chciała. Nie zniechęciły jej nawet ostatnie miejsca, które namiętnie zajmuje. Jeszcze przed wyjazdem opowiadała, że śniło jej się, iż przybiega jako pierwsza. Ech... Może kiedyś??
Im bliżej startu City Trail Junior tym więcej ludzi. Spotkaliśmy się z p. Justyną, jej mężem i córką, która również dała się namówić. Dziewczynki jak zwykle w swym szalonym świecie. Numery przypięte i wreszcie doczekały się rozpoczęcia procedury przedstartowej. Pod bramką tłok. Tez z serii "tłok jak smok". Tak na oko dzieciaków było ze dwa razy tyle co rok temu. Odprawa, spacer na linię startu i tam rozgrzewka. Jako, że dzieciaków dużo postanowiono puścić je w dwóch turach. Panie przodem. Zanim to nastąpiło padło sakramentalne pytanie i ma ulubiona odpowiedź:
Dla tego TAAAAAAAAAAAAAK warto tam być :)
Wreszcie "Gotów. Start!" I poszły konie po asfalcie. Weronika sama. Wszak to przynajmniej ósmy start w jej życiu, więc wie co i jak. Próbowałem robić zdjęcia, ale z aparatem typu małpka nie mogę znaleźć wspólnego języka.
Po drodze wyprzedziła płaczącą dziewczynkę poganianą przez matkę czy ojca (nie zwróciłem uwagi). Niestety. Chore ambicje rodziców wyłażą czasem na pierwszy plan. Dziecko ma być naj, naj, naj. Byle nie najgorsze i nie "najdrugsze" Wyścig szczurzątek...
Wreszcie meta. Nawet nie wiedziałem, że na mecie aparatem polował Grzegorz Perlik. Grzesiu! Jeszcze raz ślicznie dziękuję.
Po biegu dziecięcym trochę czasu na plotki i pogaduchy, od Krzyśka dowiedziałem, się, że robi za słomianego wdowca, bo żona mu się wykruszyła (szkoda, bo miałem ochotę się z nią pościgać), a o przed 10.30 ruszyłem się przebrać i zabrać za rozgrzewkę. Muszę pamiętać, że 30 minut na obie czynności to ciut za mało. Następnym razem poświęcę na to przynajmniej 40 minut. Jeszcze Grześ mnie upolował, gdy biegłem z bluzą dla Weroniki i stwierdził, że wypatrzeć mnie w tłumie będzie ciężko.
Prawdę mówiąc miałem problem jaki zestaw ubrań wybrać. Rano było nieprzyzwoicie zimno i dało się wytrzymać mając na sobie cienki sweter, dwa polary i kurtkę. Na bieg zrezygnowałem jednak z długich spodni, wrzuciłem na grzbiet długi podkoszulek termo, bluzę i klubową koszulkę z krótkim rękawem. Na tyłku krótkie spodenki. Pod koniec rozgrzewki wiedziałem, że trzeba będzie zrezygnować z bluzy. Skłony, skręty, przebieżki i... O cholera. 10 minut do startu, a ja bez rozciągania. Szybka wizyta w depozycie, trzy rozciągnięcia, nie zdecydowałem się nawet by wysypać piach z buta. Minuta, lekki stres. Nigdy nie stałem w tak szybkiej strefie startowej.
Poszliśmy! Kontrola tempa po stu metrach. 26 sekund. Idealnie. Trzy zdania z człowiekiem obok, pytał na ile biegnę, stwierdził, że się dołączy, bo dziś jest bez zegarka. 200 metrów dalej pobiegł szybciej.
Skręciliśmy w lewo, asfalt za nami, a przed najgorsze 300 m trasy - wybitnie rozdeptane i miękkie. I tym razem grupa była szybka, nikt nie odpadał, w zasadzie nie trzeba było wyprzedzać. To dla mnie nowość.
Pierwszy kilometr idealny - 4:23, od drugiego tradycyjna różnica między oznaczeniem trasy a zegarkiem. Drugi wolniej - 4:32 (pod jego koniec dwie niespodzianki - leżące na trasie drzewo sprawiło, że pomyślałem, iż wreszcie jest przełajowo, ale zaraz za nim dziwnie przeciągnięta taśma wyznaczająca trasę), trzeci 4:37. Biegnę skupiony, nawet nie macham do aparatu. Dopiero w domu, na zdjęciach wypatrzyłem, że pod nogami miałem piękny dywan z liści.
Na czwartym zacząłem czuć nogi, czas 4:31. To oczywiście czasy z zegarka. Na piątym kilometrze zacząłem przyspieszać. Ostatni zakręt w prawo, zaczął się asfalt, wiem, że to jeszcze ok. 400 m. Kontroluję pierwszy raz czas całkowity. Było jakieś 20:40. Szybki kalkulacja i wiem, że mam szanse. Zatem mocniej i mocniej. Poganiam wyprzedzanych, kilku z nich się rewanżuje. Cisnę. 200 m do mety, 100, 50, 30. Patrzę na zegar przy mecie. O ile pamiętam coś ok. 21:50. Już wiem. Nawet brutto będzie poniżej 22 minut! Na koniec ręce w górę, zatrzymanie zegarka i znów ręce w górę. Zrobiłem! Jest! 21:51:90! Czas z grudnia ub. roku poprawiłem o 50 sekund!
Zdyszany oddałem chip, przechwyciłem Wierkę, która była pod opieką Tomka i stanęliśmy w okolicy mety by dopingować mamie Magdzie, sąsiadce Ewie i fizjo Justynie. A w ręku wielki transparent przygotowany w domu.
Moje bystre dziecko samo wpadło na pomysł by wpisać wszystkie imiona.
Wreszcie pojawiły się dziewczyny. Wcześniej - sądząc, że Magda do końca pobiegnie na luzie - zapytałem Wierkę czy chce wbiec na metę z mamą. Oczywiście. A tu niespodzianka. Cała trójka przyspieszyła i gnała w najlepsze. Wierka złapana za rękę upadła na 2 metry przed metą, a Magda się zatrzymała na 50 cm przed matą i po nią wróciła. I tak przeskoczyło na zegarze na 36 minut.
Za metą baby się zagubiły, nie znalazłem ich koło samochodu, ale stwierdziłem, że się przebiorę. Wróciłem w okolice startu, tam odczytałem smsa od Joli. Jakoś się znaleźliśmy by zrobić sobie zdjęcie pod bramą startową.
Wracając wypatrzyłem Olę i Błażeja Brzezińskich. Nie mogłem sobie odmówić i poprosiłem mistrzów o wspólne foto. Błażej to tegoroczny brązowy medalista Mistrzostw Polski w maratonie, a w Mistrzostwach Europy do końca walczył dla drużyny, mając nadzieję, że dołoży swą cegiełkę do drużynowego medalu, niestety, jak większość pamięta dwóch naszych zeszło z trasy.
Zawody udane. Jak zwykle sympatyczne, jak zwykle dobrze zorganizowane. Herbata pyszna, rogaliki jeszcze lepsze. Dla dzieciaków lizaki i herbata (Wierka prosiła o dolewkę, a po moim biegu ograbiła mnie z większej części). W toitoiach luksus - papier toaletowy (co prawda z tych stresujących - znaczy cienki, ale był). W skali dziesięciopunktowej daję 11.
A czytając wieczorem relację dowiedziałem się o co chodziło z taśmą i drzewem. Okazało się, że to działalność jakiś "życzliwych".
I zdaje się, że mogłem zaryzykować i pobiec nieco szybciej. Średnie tętno wyniosło 185, maksymalne 195, zatem w rezerwie zostało 8 uderzeń i całą trasę oddychało mi się całkiem swobodnie. Nie dyszałem tak jak w grudniu ub. roku. Nie zmienia to faktu, że jestem bardzo zadowolony.
Teraz czekam na XVIII Bieg Niepodległości w Pigży. Tam będzie treningowo, tempem powyżej 6 min/km. I może jeszcze wystartuję w mej wsi, o ile nie będę w pracy.
2 bieg City Trail w Bydgoszczy już 30 listopada.
Na cykl czekam i nie czekam. No dobra czekam, ale z nutą smutku, bo postanowiłem, że tylko dwa razy pobiegnę ostro. Będą to pierwsze i ostatnie zawody. Dlaczego? Od listopada ruszam z przygotowaniami do maratonu i nie będę grzeszył odstępując od planu treningowego. Niby to raz w miesiącu, ale zawsze.
No, ale do rzeczy - opowieści o pierwszym biegu. Zapowiadał się tłok. Zafundowałem żonie i sobie numer imienny, do tego sąsiadka też takowy zakupiła. Trzecią osobą, którą pewnie namówiłem (a przynajmniej szepnąłem jej o tych świetnych zawodach) jest wspominana parokrotnie czarodziejka od wszystkiego co boli (celowo nie napiszę "ręce, które leczą" bo zdaje się, że to termin zarezerwowany) - p. Justyna - znaczy fizjoterapeutka, czwartą Jola - z której jest kawał dobrej poetki (gdyby ktoś chciał jej tomik niech da znać - powiem jak go zdobyć). Szepnąłem też Piotrowi - koledze z Nakła. Zapowiadał się tłok (tak przynajmniej sugerowała lista startowa opiewająca na jakieś 620 osób. Koniec końców do mety dotarło 586 zawodników, co jest oczywiście rekordem (w ub. roku w Bydgoszczy startowało plus minus 400 osób).
Skoro start miał być ostry to też plan musiał do tego równać. Postanowiłem powalczyć o poprawę ubiegłorocznej życiówki, która wynosiła 22:42. Planowałem przycisnąć i zrobić 21:59, ale czy to możliwe? Tydzień wcześniej zrobiłem wytrzymałość tempową 10x400m/400 m w tempie 4:20 min/km. Niewiadomą pozostawało czy zdołam to wytrzymać siłowo i czy starczy mi tchu.
Jak zwykle w Myślęcinku wylądowaliśmy sporo przed czasem. Jakoś nie mogę przywyknąć, że w niedzielę do Bydgoszczy jedzie się dużo szybciej. Na początek odbiór numeru startowego Weroniki. W ubiegłym roku startowała i tak jej się to spodobało, że w tym roku również chciała. Nie zniechęciły jej nawet ostatnie miejsca, które namiętnie zajmuje. Jeszcze przed wyjazdem opowiadała, że śniło jej się, iż przybiega jako pierwsza. Ech... Może kiedyś??
Im bliżej startu City Trail Junior tym więcej ludzi. Spotkaliśmy się z p. Justyną, jej mężem i córką, która również dała się namówić. Dziewczynki jak zwykle w swym szalonym świecie. Numery przypięte i wreszcie doczekały się rozpoczęcia procedury przedstartowej. Pod bramką tłok. Tez z serii "tłok jak smok". Tak na oko dzieciaków było ze dwa razy tyle co rok temu. Odprawa, spacer na linię startu i tam rozgrzewka. Jako, że dzieciaków dużo postanowiono puścić je w dwóch turach. Panie przodem. Zanim to nastąpiło padło sakramentalne pytanie i ma ulubiona odpowiedź:
Dla tego TAAAAAAAAAAAAAK warto tam być :)
Wreszcie "Gotów. Start!" I poszły konie po asfalcie. Weronika sama. Wszak to przynajmniej ósmy start w jej życiu, więc wie co i jak. Próbowałem robić zdjęcia, ale z aparatem typu małpka nie mogę znaleźć wspólnego języka.
Po drodze wyprzedziła płaczącą dziewczynkę poganianą przez matkę czy ojca (nie zwróciłem uwagi). Niestety. Chore ambicje rodziców wyłażą czasem na pierwszy plan. Dziecko ma być naj, naj, naj. Byle nie najgorsze i nie "najdrugsze" Wyścig szczurzątek...
Wreszcie meta. Nawet nie wiedziałem, że na mecie aparatem polował Grzegorz Perlik. Grzesiu! Jeszcze raz ślicznie dziękuję.
![]() |
| fot. Grzegorz Perlik |
Po biegu dziecięcym trochę czasu na plotki i pogaduchy, od Krzyśka dowiedziałem, się, że robi za słomianego wdowca, bo żona mu się wykruszyła (szkoda, bo miałem ochotę się z nią pościgać), a o przed 10.30 ruszyłem się przebrać i zabrać za rozgrzewkę. Muszę pamiętać, że 30 minut na obie czynności to ciut za mało. Następnym razem poświęcę na to przynajmniej 40 minut. Jeszcze Grześ mnie upolował, gdy biegłem z bluzą dla Weroniki i stwierdził, że wypatrzeć mnie w tłumie będzie ciężko.
![]() |
| fot. Grzegorz Perlik |
Prawdę mówiąc miałem problem jaki zestaw ubrań wybrać. Rano było nieprzyzwoicie zimno i dało się wytrzymać mając na sobie cienki sweter, dwa polary i kurtkę. Na bieg zrezygnowałem jednak z długich spodni, wrzuciłem na grzbiet długi podkoszulek termo, bluzę i klubową koszulkę z krótkim rękawem. Na tyłku krótkie spodenki. Pod koniec rozgrzewki wiedziałem, że trzeba będzie zrezygnować z bluzy. Skłony, skręty, przebieżki i... O cholera. 10 minut do startu, a ja bez rozciągania. Szybka wizyta w depozycie, trzy rozciągnięcia, nie zdecydowałem się nawet by wysypać piach z buta. Minuta, lekki stres. Nigdy nie stałem w tak szybkiej strefie startowej.
Poszliśmy! Kontrola tempa po stu metrach. 26 sekund. Idealnie. Trzy zdania z człowiekiem obok, pytał na ile biegnę, stwierdził, że się dołączy, bo dziś jest bez zegarka. 200 metrów dalej pobiegł szybciej.
Skręciliśmy w lewo, asfalt za nami, a przed najgorsze 300 m trasy - wybitnie rozdeptane i miękkie. I tym razem grupa była szybka, nikt nie odpadał, w zasadzie nie trzeba było wyprzedzać. To dla mnie nowość.
Pierwszy kilometr idealny - 4:23, od drugiego tradycyjna różnica między oznaczeniem trasy a zegarkiem. Drugi wolniej - 4:32 (pod jego koniec dwie niespodzianki - leżące na trasie drzewo sprawiło, że pomyślałem, iż wreszcie jest przełajowo, ale zaraz za nim dziwnie przeciągnięta taśma wyznaczająca trasę), trzeci 4:37. Biegnę skupiony, nawet nie macham do aparatu. Dopiero w domu, na zdjęciach wypatrzyłem, że pod nogami miałem piękny dywan z liści.
![]() |
| fot. Grzegorz Perlik |
Na czwartym zacząłem czuć nogi, czas 4:31. To oczywiście czasy z zegarka. Na piątym kilometrze zacząłem przyspieszać. Ostatni zakręt w prawo, zaczął się asfalt, wiem, że to jeszcze ok. 400 m. Kontroluję pierwszy raz czas całkowity. Było jakieś 20:40. Szybki kalkulacja i wiem, że mam szanse. Zatem mocniej i mocniej. Poganiam wyprzedzanych, kilku z nich się rewanżuje. Cisnę. 200 m do mety, 100, 50, 30. Patrzę na zegar przy mecie. O ile pamiętam coś ok. 21:50. Już wiem. Nawet brutto będzie poniżej 22 minut! Na koniec ręce w górę, zatrzymanie zegarka i znów ręce w górę. Zrobiłem! Jest! 21:51:90! Czas z grudnia ub. roku poprawiłem o 50 sekund!
Zdyszany oddałem chip, przechwyciłem Wierkę, która była pod opieką Tomka i stanęliśmy w okolicy mety by dopingować mamie Magdzie, sąsiadce Ewie i fizjo Justynie. A w ręku wielki transparent przygotowany w domu.
Moje bystre dziecko samo wpadło na pomysł by wpisać wszystkie imiona.
Wreszcie pojawiły się dziewczyny. Wcześniej - sądząc, że Magda do końca pobiegnie na luzie - zapytałem Wierkę czy chce wbiec na metę z mamą. Oczywiście. A tu niespodzianka. Cała trójka przyspieszyła i gnała w najlepsze. Wierka złapana za rękę upadła na 2 metry przed metą, a Magda się zatrzymała na 50 cm przed matą i po nią wróciła. I tak przeskoczyło na zegarze na 36 minut.
Za metą baby się zagubiły, nie znalazłem ich koło samochodu, ale stwierdziłem, że się przebiorę. Wróciłem w okolice startu, tam odczytałem smsa od Joli. Jakoś się znaleźliśmy by zrobić sobie zdjęcie pod bramą startową.
Wracając wypatrzyłem Olę i Błażeja Brzezińskich. Nie mogłem sobie odmówić i poprosiłem mistrzów o wspólne foto. Błażej to tegoroczny brązowy medalista Mistrzostw Polski w maratonie, a w Mistrzostwach Europy do końca walczył dla drużyny, mając nadzieję, że dołoży swą cegiełkę do drużynowego medalu, niestety, jak większość pamięta dwóch naszych zeszło z trasy.
Zawody udane. Jak zwykle sympatyczne, jak zwykle dobrze zorganizowane. Herbata pyszna, rogaliki jeszcze lepsze. Dla dzieciaków lizaki i herbata (Wierka prosiła o dolewkę, a po moim biegu ograbiła mnie z większej części). W toitoiach luksus - papier toaletowy (co prawda z tych stresujących - znaczy cienki, ale był). W skali dziesięciopunktowej daję 11.
A czytając wieczorem relację dowiedziałem się o co chodziło z taśmą i drzewem. Okazało się, że to działalność jakiś "życzliwych".
I zdaje się, że mogłem zaryzykować i pobiec nieco szybciej. Średnie tętno wyniosło 185, maksymalne 195, zatem w rezerwie zostało 8 uderzeń i całą trasę oddychało mi się całkiem swobodnie. Nie dyszałem tak jak w grudniu ub. roku. Nie zmienia to faktu, że jestem bardzo zadowolony.
Teraz czekam na XVIII Bieg Niepodległości w Pigży. Tam będzie treningowo, tempem powyżej 6 min/km. I może jeszcze wystartuję w mej wsi, o ile nie będę w pracy.
2 bieg City Trail w Bydgoszczy już 30 listopada.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
-
Dziś będzie w nieco cięższym klimacie. In memoriam. Weronika, moja córka. Rocznik 2008. Gdy miała 2 lata i 5 miesięcy wylądowała na Oddzia...
-
To jedno z tych zdań, które zajmują wysokie pozycje na liście irytujących pytań. Ile kilometrów ma ten maraton. Używając terminologii rodem...
-
Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...
3 razy Śnieżka
Rzec można, że w naszych duszach, czasem i ciałach, istnieją zadry, z którymi koniecznie chcemy się rozliczyć. Nieważne czy nastąpi to po ro...












